Ponieważ czytanie tego sprawiło kilku osobom wiele radości, więc zostawiam...




Ja i Tele2

Jak nie kupiłem samochodu

Nie chodzi mi o to, by dołożyć firmie Tele2, bo w sumie jestem zadowolony z ich usług w zakresie telefonii. Niewykluczone, że jestem też odosobnionym przypadkiem, jeśli chodzi o internet, ale właśnie po tym jak się traktuje odosobnione przypadki należy oceniać firmę. Dlatego postanowiłem założyć swoisty pamiętnik moich przeżyć z tzw. szybkim internetem.

Jakoś tak na początku września dostrzegłem w telewizji reklamę: Darmowy internet przez 15 miesięcy. Pierwsze moje pytanie: A co potem? Po zapoznaniu się z ofertą wyszło mi 98,82zł aktywacja + 122zł modem + 49zł przez 21 miesięcy. Razem 1249,82zł, podzielone przez 36 miesięcy daje 34,72zł. Oferta mi odpowiada, więc dzwonię.

05.09.2007. Dzwonię, żeby zamówić internet. Po kilku minutach słuchania muzyki, dochodzę do wniosku, że dzwonię za późno (19.25), choć jest to środa i powinni siedzieć do 22.00. No, ale nikt nie dzwonił, więc poszli sobie. Koszt połączenia: 36gr – internet drożeje o jeden grosz.

06.09.2007. O 8.24 nie musiałem długo słuchać muzyki. Zamówiłem i dostałem zapewnienie, że najdalej za trzy tygodnie internet będzie aktywny.

13.09.2007. Awizo od kuriera z Masterlink (podobno firmy kurierskie są szybsze od Poczty Polskiej, no ale Masterlink się łączy z DPD, więc im się pewnie coś wydłużyło).

14.09.2007. Wizyta w biurze Masterlink (bo z rana nie rozwożą, a po południu to ja pracuję). Podpisałem umowy i zostawiłem zgodnie z instrukcją. Spodziewałem się, że dostanę modem, ale nie dostałem.

21.09.2007. Dzwonię do Tele2: Dwa tygodnie temu zamawiałem internet, tydzień temu podpisałem umowę. Chciałbym się dowiedzieć co się dzieje. Po otrzymaniu umowy musimy wysłać zapytanie do TPSA, czy łącze jest przystosowane. TPSA ma 14 dni na odpowiedź, ale zwykle dają odpowiedź wcześniej. Po otrzymaniu odpowiedzi bezzwłocznie wysyłamy modem.

21.09.2007(kilka minut później). Telefon od Tele2: Miło mi poinformować pana, że właśnie otrzymaliśmy od pana podpisaną umowę. Obecnie wysyłamy zapytanie do TPSA…. (patrz wyżej).

04.10.2007. Telefon od Tele2: Miło mi poinformować pana, że otrzymaliśmy odpowiedź od TPSA i wysyłamy modem. Hurra.

11.10.2007. Awizo od kuriera z DPD (w tej firmie tydzień na doręczenie to normalka).

12.10.2007. Wizyta kuriera z DPD. Dostałem modem. Instalacja bardzo sprawna. Instrukcja obrazkowa – nawet koń by się zorientował (gdyby chciał). Tu duży plus dla Tele2.

13.10.2007. Internet działa bardzo dobrze – szybciej niż w pracy.

14.10.2007. Modem nie wykrył połączenia – nie świeci się dioda ADSL. Po chwili zadziałało – stara metoda wyłącz/włącz wciąż dobra.

15.10.2007. Tym razem modem nie chce się w ogóle włączyć. Dioda POWER świeci się na czerwono, a powinna po paru sekundach zmienić kolor na zielony. Zacząłem kombinować z wyłączaniem, wreszcie zadziałało. Postanowiłem nie odłączać modemu od prądu, bo potem są problemy, a przy najbliższej okazji zadzwonić do Tele2.

22.10.2007. Pech! Odruchowo wyłączyłem modem. Okazało się, że oznacza to koniec internetu. Dzwonię do Tele2: muzyka – no tak, jest parę minut po 16-tej...

23.10.2007. Dzwonię o 8.00 – jedynej porze, kiedy można się dodzwonić do działu technicznego. Bardzo przepraszam, ale mamy tutaj poważną awarię i wszyscy informatycy są zajęci. Prosze zadzwonić po 16tej. Q... przecież po 16tej nie odbieracie telefonów! (ale połączenia już nie było). Mimo to dzwonię po tej 16tej. Tak jak myślałem: muzyka. Dzwonię do obsługi klienta. Po dwóch minutach ktoś się odzywa. Mam problem z modemem... To jest zły dział. Już pana przełączam... Muzyka. Szlag mnie trafia!

24.10.2007. Kolejny telefon (koszt internetu niebezpiecznie zbliża się do 34,80zł). Tym razem walę prosto z mostu: Mam zepsuty modem. A dlaczego pan tak uważa? Bo nie działa... Wytłumaczyłem wszystko dokładnie.

24.10.2007(po południu). Telefon od TPSA: Czy zgłaszał pan awarię linii? Nie. Zgłaszałem awarię modemu. A co to jest modem?

25.10.2007. Podejmuję próbę monitu za pomocą poczty elektronicznej. Oczywiście, mój list został zignorowany...

31.10.2007. Dzwonię do Tele2 z zapytaniem odnośnie reklamacji. Reklamacja została przyjęta 24.10.2007. Nowy modem będzie dostarczony „na dniach”.

07.11.2007. Ponowny monit. Modem został wysłany 6.11, więc dojdzie za kilka dni.

07.11.2007. Telefon z Tele2. Czy jest pan zadowolony z szybkiego internetu? Nie zdążyłem się nim nacieszyć, bo zepsuł się modem. W każdej chwili może pan zadzwonić na 801-801-222. Nawet dziś już tam dzwoniłem. No to sprawa będzie szybko rozwiązana...

14.11.2007. Muszę zweryfikować swoją teorię odnośnie kurierów DPD: dostarczają w minimum 7 dni (a nie w siódmym dniu, jak wcześniej myślałem. Kolejny monit w Tele2. Odpowiedź jak wyżej.

Próbowałem modemu „neostradowego”. Niestety trzeba się zalogować, a Tele2 nie chce podać loginu i hasła, które by zadziałało. Załatwianie prostej reklamacji trwa już miesiąc. Oczywiście, podnosi to cenę internetu oferowanego przez Tele2 już prawie o złotówkę miesięcznie. Czekam jeszcze tydzień i idę do Rzecznika Praw Konsumenta, żeby kombinować, jak tu wycofać się z umowy. Być może uda mi się nie płacić kary za „zerwanie”. Moim zdaniem, to Tele2 zerwało umowę, ale jak wiadomo, w III, IV, V PRL czy w RP v.3.72, racja jest po stronie silniejszego.

21.11.2007. Odebrałem w końcu modem. Wg danych kuriera, został on wysłany 13.11. Moja teoria odnośnie terminów dostarczania przesyłek przez DPD jest słuszna (tydzień minimum).

Przychodzą też odpowiedzi na moje listy (okazuje się, że nawet emaile działają). Na dzień dzisiejszy mają zanotowane dwie reklamacje. Internet działa, ale nie odłączam modemu od zasilania (chyba że przez przypadek...)

Przy okazji, jak wygląda obsługa w „tej lepszej” firmie: >>>>>>

Zbliżały się wakacje i doszliśmy do wniosku, że warto by kupić nowy samochód. Nie to że coś jest nie tak ze starym – wręcz przeciwnie: nasz Opel spisuje się świetnie pomimo ośmiu lat na kołach. Problem w tym, że chciałoby się trochę chłodu w samochodzie no i trzeci zagłówek z tyłu, żeby wszystkim wygodnie się jechało.

Zachęceni artykułami o spadających cenach samochodów zaczęliśmy przeglądać różne oferty i liczyć pieniądze. I tu pierwsze zaskoczenie: okazuje się, że samochody dwu-trzy letnie wcale nie mają takich niskich cen, jakby się wydawało po lekturze artykułów. Zwłaszcza, że samochody te mają zwykle przebieg dorównujący lub nawet przewyższający przebieg naszego ośmiolatka. Jaki jest więc sens płacenia 30-40 tys. za samochód zużyty tak samo jak nasz obecny, podczas gdy za naszego nie dostaniemy nawet 10 tys.?

W takim razie, zdecydowaliśmy się na salon. Najpierw odwiedziliśmy Skodę, ale nie wzbudziliśmy tam większego zainteresowania, a ceny Oktawii zaczynające się od 75 tys. nie wzbudziły naszego entuzjazmu. Kiedy już wychodziliśmy, znalazł się jakiś sprzedawca, ale nam nie chciało się już z nim rozmawiać.

Po paru chwilach zastanowienia wyszło nam, że w zasadzie Opel Astra jest wyjątkowo dobrym samochodem i to w rozsądnej cenie. A argumentem jest nasz obecny samochód: 8 lat, 130 tys. km przebiegu i tylko kilka usterek na koncie:

  • przebita opona,
  • pęknięta uszczelka nad miską olejową,
  • pęknięta sprężynka przy tylnych hamulcach,
  • wybite sworznie zawieszenia – polskie drogi,
  • wybita przez gałąź szyba: nagroda za parkowanie pod drzewem w czasie wichury,
  • zepsuty regulator siły hamowania.

Zważywszy, że serwis autoryzowany samochód ten widział po raz ostatni osiem lat temu (bo po co płacić za jakieś przeglądy po kilkaset złotych, jeśli auto się nie psuje?), bilans jest imponujący. Oczywiście, jest też parę zadrapań i wgnieceń na karoserii, bo w końcu trochę lat to jeździ…

Oszacowaliśmy stan naszych finansów i wyszło, że brakuje nam jakichś 12 tys. złotych. Ale mamy przecież stary samochód tej samej marki, więc coś powinniśmy za niego dostać. Z tymi argumentami trafiliśmy do salonu Opla. Sprzedawca podszedł do tematu entuzjastycznie. Nasz samochód całkiem mu się spodobał. Powiedział, że na pewno go dobrze sprzedamy i nawet możemy go wyeksponować przed salonem, jak to niektórzy robią. Na koniec zapewnił nas, że żaden z tych wyeksponowanych samochodów nie stał dłużej niż dwa tygodnie.

Nam jednak zależało na układzie „przyjeżdżam starym, odjeżdżam nowym”. Jest możliwość pozostawienia obecnego auta w rozliczeniu, ale musi być ono „profesjonalnie” wycenione przez serwis. Umówiliśmy się więc na wycenę (bezpłatną: inaczej byśmy się nie umawiali...)

Wycena zaczęła się od totalnej krytyki naszego wozu i wytknięcia wszystkich wgnieceń i rys. Moja uwaga „Czego można się spodziewać po ośmioletnim samochodzie?” spotkała się z gniewnym „Ale to trzeba przecież wszystko zrobić!”. Na zakończenie rozmowy serwisowy stwierdził: „Więc jak? Oglądamy dalej? Bo dużo za niego nie będzie.” Licząc na rozsądek przedstawiciela sprzedawców zdecydowałem: „Oglądamy dalej.”

Oględziny trwały pełne trzy godziny. Zacząłem się bać, że mi coś tam podmienią. Po tych trzech godzinach szukania dziury w całym, serwisowy stwierdził, że mam słaby akumulator. Odpowiedziałem krótko: „Wiem”, czym znów go zdenerwowałem. A swoją drogą, akumulator jest oryginalny, czyli ma osiem lat, a że przeciętny akumulator żyje 4-5 lat, więc można o takim ośmiolatku powiedzieć „słaby”.

Sprzedawca miał zadzwonić w ciągu kilku dni z rezultatami wyceny. Zadzwonił po dwóch tygodniach i oznajmił, że samochód wymaga napraw na 7 tys. zł. W sumie to mnie rozbawił…

W wakacje przejechaliśmy ponad 3000 km (na Węgry i z powrotem przez Warszawę). Samochód po raz kolejny udowodnił swą niezawodność…

PS. W czasie wakacji przerabialiśmy kilka samochodów: VW Tourana, Mazdę 6 i Toyotę Avensis. Za każdym razem coś nie grało: wyraźne ślady kolizji, cofnięty licznik kilometrów lub brak kooperacji ze strony sprzedającego. W końcu kupiliśmy Octavię (trzyletnią) - w salonie w Niemczech (tam potrafią sprzedawać...) Jak się spisuje? Powiem za pięć lat...



Powrót do strony głównej